Ks. prof. Lucjan Napoleon Balter SAC

SŁOWO BOŻE ZACZYNEM NOWOCZESNYCH KULTUR

            Zwłaszcza w ostatnich latach życia Jana Pawła II – Wielkiego dawało się słyszeć wypowiadane na ogół z wielką troską pytanie: czy Jego słowa, witane tak często i niejako potwierdzane burzliwymi oklaskami wielkich rzesz wiernych, nie popłyną gdzieś z wiatrem, nie ulotnią się, ale zapadną głęboko w serca słuchających Go ludzi? Nawet Jego następca, papież Benedykt XVI, w kilku swoich pierwszych wystąpieniach dał wprost do zrozumienia, że nie musi sam wiele mówić, a to dlatego, że jego Wielki Poprzednik pozostawił po sobie tak wiele dokumentów i zawartych w nich głębokich słów i treści, iż wystarczy teraz sięgać do nich wciąż na nowo, wczytywać się w nie i wprowadzać we własne i innych życie zawarte w nich cenne drogowskazy i wskazania.

Osobiście poczułem się głęboko pozytywnie zaskoczony właśnie tym, że nie tylko w czwartą rocznicę śmierci Jana Pawła II o wiele bardziej niż w poprzednie, ale także przez całe tygodnie po niej, można było śledzić w różnych stacjach telewizyjnych programy poświęcone nie tylko pontyfikatowi i postaci wielkiego Papieża – Polaka, ale także Jego nauczaniu. Nie śledziłem nigdy rozpisywanych w mediach programów telewizyjnych, aby się nie stać ich niewolnikiem; zaglądałem jedynie w różnych porach dnia, celem chwilowego zrelaksowania się po dosyć wytężonej pracy naukowej, do tego, co pokazują w telewizji, a ponieważ niemal z reguły są to programy byle jakie, mało interesujące, a niekiedy nawet żenujące swym niskim poziomem, przeskakiwałem z kanału na kanał, by oto nagle natrafić na coś niezwykle interesującego, podniosłego, coś w rodzaju oratorium przypominającego słowem mówionym, czytanym oraz śpiewem solowym, dwugłosowym i chóralnym jakieś ważne słowa polskiego Papieża. Najczęściej bywały to słowa biblijne: wypowiedział On je kiedyś, okolicznościowo – jako słowa samego Jezusa lub któregoś z Jego Apostołów, a słuchający ich wierni powitali je hucznymi oklaskami, albowiem kontekst, w jakim się znalazły, był dla nich bardzo ważny. I oto teraz słyszymy je na nowo: wyrażone w pięknej oprawie artystycznej, przemawiają nadal do serc i umysłów słuchaczy. A to dzięki temu, że znaleźli się artyści, twórcy, którzy je zapamiętali i starają się wyrazić je na swój sposób mową, pieśnią i muzyką. – I tak oto wypowiedziane ongiś przez Wielkiego Papieża Polaka słowo Boże staje się na naszych oczach „zaczynem” nowoczesnej kultury!

Właściwie na tym jednym przykładzie mógłbym skończyć cały zasugerowany mi temat. Ale trudno byłoby mi się powstrzymać od wzmianki o napisanym przez Jana Pawła II po powrocie z ostatniej pielgrzymki do Polski „Tryptyku Rzymskim”, albowiem zespala on jeszcze bardziej słowo pisane, a potem także mówione i śpiewane, z tworzeniem kultury dzisiejszej. Rzecz dzieje się w Kaplicy Sykstyńskiej: wielkim pomniku kultury, miejscu wielu ważnych wydarzeń historycznych, w tym także tego konklawe, na którym wybrano kard. K. Wojtyłę na papieża, i przyszłego konklawe, na którym zostanie wybrany Jego następca. Umieszczone na bocznych ścianach malowidła obrazują słowa Starego Testamentu (wydarzenia z życia Mojżesza) i Nowego Testamentu (wydarzenia i słowa z życia Jezusa), natomiast monumentalna ściana frontowa ukazuje (biblijny) Sąd Ostateczny – epokowe dzieło artysty Michała Anioła. Te utrwalone przez malarza na murze słowa biblijne stają się dla Wielkiego Papieża natchnieniem do refleksji nad innymi jeszcze słowami (i wydarzeniami) z Pisma świętego, naszpikowanej powracającym wciąż jak refren zdaniem: „Omnia nuda et aperta sunt ante oculos eius”, zaczerpniętym także z Biblii. – Otóż ten wspaniały i niezwykle głęboki w swej wymowie utwór literacki[1] stał się natchnieniem dla wielu artystów polskich, którzy jeszcze za życia Papieża starali się go wyrazić odpowiednio skomponowaną muzyką, pieśnią i słowami. I tak jedno dzieło sztuki, natchnione całkowicie Biblią, przerodziło się w nowe dzieła artystyczne, tworząc całkowicie nowy świat sztuki i szeroko pojętej kultury.

Ale muzyka, podobnie zresztą jak słowo pisane, wymaga odtwarzania. O ile bowiem takie pomniki kulturowe, jak wspaniałe budowle, malowidła, posągi, itp. wymagają jedynie odpowiedniej konserwacji, czyli ludzkiej troski o ich zachowanie i przetrwanie, to słowa spisane w formie nut czy utworów, zwłaszcza dramatycznych, pozostaną martwą literą, jeśli nie będą wciąż na nowo i na różne sposoby odtwarzane. Wszelkie utwory sceniczne oraz kompozycje muzyczne i/lub literackie żyją własnym życiem, gdy są „ożywiane” przez różnych ich odtwórców, reżyserów, dyrygentów, aktorów i/lub kompozytorów. Wystawiane na scenie dzieła literackie, organizowane przez fachowców przeróżne festiwale muzyczne, itd. sprawiają, że stajemy się autentycznymi odbiorcami słów wypowiedzianych nawet w zamierzchłej już przeszłości. I w ten oto sposób słowo, także to dawne i pradawne, staje się zaczynem nowoczesnej kultury, która twórczo się rozwija, gdy jest należycie pielęgnowana (mam tu na myśli m. in. organizowane systematycznie w Polsce ogólnoświatowe festiwale chopinowskie, ale nie tylko), albo też ulega jakiejś chwilowej degradacji, gdy na przykład reżyser lub odtwórca ma nastawienie wybitnie postmodernistyczne, które wywraca całkowicie dotychczasowy stan rzeczy: brzydota staje się pięknem, nieład – porządkiem, brak wszelkich wartości – najwyższą wartością.

Po tych wyjaśnieniach wstępnych można już przejść do tematu, w którym wysuwają się na plan pierwszy trzy zasadnicze myśli: 1. Słowo Boże, 2. Kultura, 3. Inkulturacja. Ponieważ jednak Słowu Bożemu jako takiemu i jego różnym przejawom poświęcono już w ramach niniejszej konferencji naukowej wiele uwagi, wypada skupić się raczej na dwóch dalszych punktach, przedzielając je współczesnymi zagrożeniami kultury, z których największym jest niewątpliwie – obok pojawiających się tu i ówdzie trzęsień ziemi, religijnego fundamentalizmu, względnie całkowicie bezsensownych, rozlicznych, specjalnie prowokowanych przez możnych tego świata wojen lokalnych – niemal ogólnoświatowy postmodernizm.

1. Kultura

W dobie dzisiejszej, niemal 45 lat po zakończeniu Soboru Watykańskiego II, mało kto uświadamia sobie, że po „określeniu godności, jaka przysługuje osobie ludzkiej, oraz zadania indywidualnego czy społecznego, do jakiego została ona powołana” (KDK 46), Sobór zwrócił szczególną uwagę na „niektóre bardziej palące problemy”, do których zaliczył – tuż po małżeństwie i rodzinie – kulturę, poświęcając wnikliwemu ich omówieniu całą drugą część Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym, w której zajął się jeszcze także „życiem gospodarczo-społecznym” (r. III), „życiem wspólnoty politycznej” (r. IV) oraz „potrzebą umacniania pokoju i rozwijania wspólnoty narodów” (r. V), czyli sprawami związanymi mniej lub bardziej bezpośrednio z rozwijającą się już wówczas szybko globalizacją.

Sobór nie podał oczywiście jakiejś ścisłej i zwięzłej definicji kultury, traktując ją niezwykle szeroko, a mianowicie jako to „wszystko, czym człowiek doskonali i rozwija wielorakie uzdolnienia swego ducha i ciała; stara się drogą poznania i pracy poddać sam świat pod swoją władzę; czyni bardziej ludzkim życie społeczne tak w rodzinie, jak i w całej społeczności państwowej przez postęp obyczajów i instytucji; wreszcie w dziełach swoich w ciągu wieków wyraża, przekazuje i zachowuje wielkie doświadczenia duchowe i dążenia na to, aby służyły one postępowi wielu, a nawet całej ludzkości” (KDK 53). Tak pojmowana kultura jest więc nie tylko dziełem człowieka, i to całego człowieka, czyli zarówno jego sfery duchowej jak i cielesnej, poprzez którą on się konkretnie wyraża, ale także każdego w pewnym sensie człowieka, traktowanego zarówno w swym wymiarze indywidualnym, jak też nade wszystko w wymiarze społeczno-historycznym, wielopokoleniowym i dziejowym, albowiem rozwój i postęp ludzkości należą w swej istocie do natury człowieka jako istoty rozumnej, a tym samym twórczej[2].

Również Jan Paweł II, który – doceniając mocno rangę kultury w życiu ludzkości i Kościoła – niemal u progu swego pontyfikatu, bo już 20 maja 1982 roku, powołał do życia i osobiście ukształtował Papieską Radę do spraw Kultury[3], przemawiając dwa lata wcześniej w UNESCO (2 czerwca 1980) powiedział m. in., że kultura jest „właściwym kształtem życia człowieka jako takiego. Człowiek żyje prawdziwie ludzkim życiem dzięki kulturze. Jego życie jest kulturą również i w tym znaczeniu, że poprzez nią człowiek odznacza się i odróżnia od całej reszty istnień wchodzących w skład widzialnego świata: człowiek nie może obejść się bez kultury”, wyjaśniając zaraz potem, że „kultura jest właściwym sposobem istnienia i bytowania człowieka”, albowiem „człowiek bytuje zawsze na sposób jakiejś kultury sobie właściwej, która z kolei stwarza pomiędzy ludźmi właściwą dla nich więź, stanowiąc o międzyludzkim i społecznym charakterze ludzkiego bytowania. Stąd też w jedności kultury, jako właściwego sposobu istnienia człowieka, bierze zarazem początek wielość kultur, wśród których człowiek bytuje. W tej wielości człowiek rozwija się, nie tracąc istotnego kontaktu z jednością kultury jako podstawowego i istotnego wymiaru swego istnienia i bytowania”[4].

Po stwierdzeniu w dalszym ciągu, że „ten człowiek, który wyraża się i obiektywizuje w kulturze i przez kulturę, jest jeden, cały i niepodzielny. Jest podmiotem i sprawcą kultury”, Papież mocno podkreślił, iż „nie da się pomyśleć kultury bez ludzkiej podmiotowości i ludzkiej sprawczości. W dziedzinie kultury człowiek jest zawsze faktem pierwszym: pierwotnym i podstawowym. Jest to zaś zawsze człowiek jako całość: w integralnym całokształcie swojej duchowo-materialnej podmiotowości”. Jeśli zatem – mówił dalej Papież – „słuszny jest podział kultury na duchową i materialną, zależnie od charakteru i treści wytworów, w których się ona przejawia, to równocześnie należy stwierdzić, że z jednej strony dzieła kultury materialnej świadczą zawsze o jakimś «uduchowieniu» materii, o poddaniu tworzywa materialnego energiom ludzkiego ducha: inteligencji, woli – z drugiej zaś strony, dzieła kultury duchowej świadczą, na odwrót, o swoistej «materializacji» ducha i tego, co duchowe. Oba te ciągi wytworów zdają się w dziełach kultury być równie pierwotne i równie odwieczne. – Oto dostateczna podstawa, ażeby rozumieć kulturę poprzez integralnego człowieka, poprzez całą rzeczywistość jego podmiotowości – i ażeby w kulturze szukać zawsze całego integralnego człowieka w całej prawdzie jego duchowo-cielesnej podmiotowości i ażeby na ten autentycznie ludzki układ, na tę wspaniałą syntezę ducha i materii (ciała), nie nakładać apriorycznych rozróżnień i przeciwstawień. Zarówno bowiem jakakolwiek absolutyzacja materii w strukturze ludzkiego podmiotu, jak też «idealistyczna» absolutyzacja ducha w tejże strukturze, nie oddają rzeczywistej prawdy o człowieku – i nie służą też jego kulturze”[5].

Ponieważ Jan Paweł II – także jako dawny współautor, względnie współredaktor, soborowej Konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym – poruszał wielokrotnie i na różne sposoby w swym pasterskim nauczaniu problem kultury[6], bezcelowe i niemożliwe poniekąd byłoby przypominanie tutaj wszystkich jego wypowiedzi na ten temat. Istotne dla nas jest raczej uporządkowanie tych i innych wypowiedzi jego oraz Urzędu Nauczycielskiego Kościoła według pewnego klucza problemowego, zasygnalizowanego w samym tytule niniejszego przedłożenia. A jest nim Słowo Boże traktowane jako zaczyn nowoczesnych kultur.

Otóż nie ulega najmniejszej wątpliwości fakt, że Jezus – Wcielone Słowa Ojca Przedwiecznego – przyszedł na świat w określonej i znanej nam dobrze kulturze, będącej owocem ustawicznego przez całe wieki zderzania się wypowiadanego zwłaszcza przez Proroków Słowa Bożego z konkretną sytuacją historyczną Narodu Wybranego. Jezus żył tą kulturą i w niej wzrastał jako Człowiek, doświadczając na sobie samym jej aktualnego zderzania się z obcą raczej dla niej kulturą hellenistyczną. Jako Wcielone Słowo Ojca, Jezus przemawiał w imieniu Boga jaśniej i mocniej od wszystkich poprzedzających Go proroków. Tworzył więc swym nauczaniem nową postać kultury, która – przyjęta i przyswojona sobie przez Apostołów dzięki zesłanemu na nich i na rodzący się w nich i przez nich Kościół Boży Świętego Ducha Prawdy – stała się zaczynem całej przyszłej kultury chrześcijańskiej, przeżywającej w ciągu wieków, analogicznie do tego, co się działo w Starym Testamencie, chwile swoich wzlotów i upadków. Ta właśnie kultura chrześcijańska znalazła się w ostatnim czasie w sytuacji poważnego zagrożenia i kryzysu wewnętrznego, co skłaniało Jana Pawła II do częstego nawoływania wiernych, aby podejmowali wielkie dzieło „ewangelizacji kultury” współczesnej, która opowiada się coraz głośniej za życiem takim, „jakby Boga nie było”.

A ponieważ faktycznych zagrożeń tej kultury jest znacznie więcej niż nam się na ogół wydaje, trzeba koniecznie poświęcić im także trochę więcej uwagi.

II. Zagrożenia

            Pomijając całkowicie lub niemal całkowicie naturalne przyczyny niszczenia dóbr kultury, choćby takie jak: trzęsienia ziemi, huragany czy powodzie, jako niezależne w gruncie rzeczy od człowieka, choć bywa on niekiedy mniej lub bardziej świadomym ich sprawcą, zwróćmy tutaj uwagę na wewnętrzne i zewnętrzne zagrożenia tworzonej przez dwa tysiące lat kultury chrześcijańskiej, która poważnie niszczeje, a nawet tu i ówdzie sypie się całkowicie w gruzy. Najpoważniejszym jej zagrożeniem staje się niewątpliwie rozwijający się szybko w dzisiejszym świecie pewien system myślowy, nazywany potocznie postmodernizmem (lub po-nowoczesnością), który porównałem w swoim czasie do staczania się (lub schodzenia) w dół z osiągniętego już wcześniej szczytu jakiejś góry[7]. Miałem wówczas na uwadze rozwinięte ekonomicznie społeczeństwa zachodnie i ludzi w nich żyjących, którzy osiągnęli w stosunkowo krótkim czasie po drugiej wojnie światowej niemal wszystko, co dało się dotąd osiągnąć, i znaleźli się tym samym na samym szczycie ludzkich możliwości odkrywczo-badawczych, a ponieważ to długie już szacunkowo przebywanie na tym samym szczycie staje się coraz bardziej nużące, zastanawiają się poważnie nad tym, jak się z niego ześlizgnąć: schodzić miarowo i stopniowo? zjeżdżać jak na sankach lub nartach? turlać się w dół? albo może staczać się na łeb i szyję?

Gdy na ogólnych zebraniach wszystkich redakcji krajowych „Communio” omawiano przed dwudziestu laty tę kwestię jako ewentualny temat jednego z najbliższych numerów naszego pisma, nie wiedziałem najpierw, o co faktycznie chodzi, a po bliższych i dłuższych jego wyjaśnieniach doszedłem do wniosku, że nam, Polakom, jeszcze to nie grozi, albowiem wciąż wspinamy się, i to z wielkim trudem, do góry, nie widząc nawet jasno kresu swej wspinaczki. Czy można w polskiej wersji „Communio” poświęcić cały numer jakiejś zdecydowanie obcej nam problematyce? Zachodnie redakcje Pisma przyjęły wówczas mój głos z aprobatą, ale po części wątpliwą. W rzeczy samej zacząłem już wkrótce potem dostrzegać także w Polsce widoczne symptomy postmodernizmu: w budownictwie – także sakralnym, w muzyce, malarstwie, itp. A po upływie kilku lat nie miałem już najmniejszej wątpliwości co do tego, że możemy i powinniśmy poświęcić tej problematyce osobny numer „Communio”, którego opracowanie nie wymagało nawet większego trudu ze względu na obfitość materiałów opublikowanych w międzyczasie w zachodnich wersjach Pisma[8]. I chociaż pojawiły się potem nowe, rodzime opracowania tej problematyki[9], sądzę, że ten właśnie numer nie stracił dotychczas nic ze swej aktualności, zwłaszcza ze względu na szerzący się już także w Polsce postmodernizm.

Innym poważnym zagrożeniem dla autentycznej kultury chrześcijańskiej jest przybierająca wciąż na sile w globalizującym się coraz bardziej świecie wielka migracja ludności. Sama globalizacja jako taka, której poświęciliśmy osobny numer „Communio”[10], jest zjawiskiem moralnie obojętnym, ani dobrym ani złym, od ludzi więc zależy, czy związane z nią korzyści przekroczą lub przynajmniej zbilansują związane z nią zagrożenia dla jednostki, narodu i kultury. Globalizacja ułatwia oczywiście bardzo szybkie przemieszczanie się poszczególnych osób i całych grup ludzi, którzy niosą wraz ze sobą własną kulturę, jeśli ją posiadają. Jeżeli grupy te są większe, silniejsze, bardziej zakotwiczone w swej własnej kulturze, pojawia się wówczas przeważnie zjawisko zderzenia ich własnej kultury z kulturą miejscową. I to właśnie zjawisko przybiera obecnie mocno na sile na skutek zmienionych w ostatnim stuleciu warunków życia człowieka na ziemi.

O ile mianowicie w poprzednich stuleciach dominowało raczej zjawisko kolonizacji, polegające na podboju i zasiedlaniu przez Europejczyków tych „nowych” terenów, połączonym z reguły z niszczeniem kultur tubylczych, miejscowych, i to – niestety – przeważnie w imię chrystianizacji tychże ludów, to w dobie dzisiejszej stajemy się świadkami innego procesu, w ramach którego dawna chrześcijańska Europa staje się mieszkaniem ludności napływającej z innych kontynentów. Tej właśnie problematyce poświęciliśmy osobny i jakże wciąż aktualny numer „Communio”[11]. Dawna emigracja, przeważnie zarobkowa, miała jednak to do siebie, że ludzie poszukujący chleba i/lub pracy poza granicami własnego kraju podtrzymywali ścisłe więzy między sobą, czując się obcymi na tej „obcej” ziemi, i pielęgnowali nadal wartości wyniesione z domu ojczystego. Dobitnym tego przykładem mogą być Polacy osiedlający się na Zachodzie Europy oraz w obu Amerykach: Północnej i Południowej.

Miałem okazję podczas dorocznych spotkań wszystkich redakcji „Communio” odwiedzić typowo polskie miasto Buffalo w stanie Nowy York, położone nad olbrzymim jeziorem Erie i rzeką Niagara, w pobliżu granicy z Kanadą, liczące prawie 300.000 mieszkańców. Wszystko tam jest, a właściwie było, polskie: kościoły, ulice, szkoły… Przybyli tu pod koniec XIX wieku Polacy budowali najpierw wspaniałe, neogotyckie kościoły: św. Wojciecha, św. Stanisława Biskupa, św. Stanisława Kostki – w sumie aż 6 świątyń katolickich, sami zaś mieszkali w prostych, schludnych, ale bardzo prymitywnych domkach drewnianych. Piękne witraże zdobiące okna bazyliki św. Wojciecha oraz inne elementy wyposażenia wnętrza tej świątyni noszą jeszcze na sobie wypisane imiona i nazwiska swych ofiarodawców. Miejscowy proboszcz, ks. Tadeusz Bocianowski obsługujący tę garstkę Polaków, jaka tam dotąd pozostała, opowiadał, że niektóre z tych świątyń powstały na skutek sporów typowych dla Polaków reprezentujących różne strony Polski: niektóre większe grupy etniczne chciały mieć już od początku swoje „własne” świątynie. Niemniej polskość tego miasta rzuca się tu nadal wprost w oczy! Ale Polaków prawie już tu nie ma. Po niemal stu latach swego zamieszkiwania w tym „swoim” mieście pojechali dalej na południe, w głąb Ameryki, znów „za chlebem i pracą”. Ich miejsce zajmowali stopniowo osiedlający się tu murzyni, a także arabowie. Jedną z dawnych świątyń katolickich przerobili już nawet na meczet. (Media zaś donoszą, że również ta wspaniała bazylika św. Wojciecha ma ulec likwidacji). W mieście panują nieład i anarchia. Bezpieczniej jest nie wychodzić z domu po godz. 15.00 i zamykać się w nim szczelnie na noc – wyjaśniał proboszcz, nasz rozmówca, z którym pozostała tu tylko jego własna matka (ojciec bowiem wolał powrócić do Polski). I tak oto na naszych oczach zmienia się całkowicie dawna i zastana przez nas sytuacja: polskość z całą swą wznoszoną tutaj z tak wielkim poświęceniem i przy tylu osobistych wyrzeczeniach naszych dawnych rodaków kulturą zostały wystawione na łup tych nowych przybyszów, przypominających początkowo raczej barbarzyńców, aniżeli autentycznych twórców lub przynajmniej nosicieli swej własnej kultury rodzimej.

Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest prosta i skomplikowana zarazem. Prosta: tworząc osobne grupy etniczne w Stanach Zjednoczonych, Polacy stawali się coraz bardziej ludźmi z marginesu społecznego; ażeby być na równi z innymi obywatelami tego wielkiego państwa, musieli się stopniowo, podobnie zresztą jak i tamci, „amerykanizować”. Skomplikowana: jak pogodzić praktycznie polskość i własną kulturę ojczystą z wytwarzaną sztucznie nową „kulturą” (a przeważnie subkulturą lub pseudo-kulturą) amerykańską? Jak zsynchronizować w sobie te dwie odmienne rzeczywistości? Z pewną pomocą przychodzili im „sąsiedzi”, którzy wywodzili się także z któregoś kraju europejskiego i którzy tym łatwiej się amerykanizowali, im słabsze było ich zakorzenienie w kraju swego pochodzenia. Czy jednak mogli być oni dobrym wzorem dla Polaków?

Nieco inną, choć podobną, obserwację wyniosłem z Kolonii w Niemczech, gdzie po śmierci H. U. von Balthasara organizowano doroczne zimowe spotkania redakcji „Communio”. Każdego roku zauważałem tam w drugą sobotę grudnia, na którą przypadały z reguły nasze sesje robocze, całe rzesze mężczyzn stojących godzinami w kilku kolejkach przy jednym konkretnym kościele. Dowiedziałem się, że są to Chorwaci pracujący w Niemczech, którzy gromadzą się regularnie przy „swojej”, bo wyznaczonej oficjalnie dla Chorwatów świątyni, teraz zaś starają się przystąpić do spowiedzi przed świętami Bożego Narodzenia. I chociaż Kolonia jest na pozór katolicka, jak świadczą o tym liczne wspaniałe świątynie, to przecież te długie kolejki mężczyzn wywoływały u wszystkich wielkie wrażenie: ci ludzie żyjący na co dzień w obcym kraju (ze względu na pracę) pielęgnują swe zwyczaje i tradycje religijne narodowe!

O ile jednak dawniej dominowało raczej między ludnością miejscową a imigrantami pokojowe i nawet dobre współżycie, jak świadczą o tym m. in. ci Polacy, którzy w XIX wieku znaleźli we Francji, najpierw w ramach tzw. „Wielkiej Emigracji” (polityczno-wolnościowej), a następnie, poczynając od końca XIX wieku, emigracji zarobkowej, swoją „drugą Ojczyznę”, to obecnie na skutek dokonujących się szybko zmian ekonomiczno-gospodarczych[12] i społecznych pojawiają się coraz częściej spory, waśnie, konflikty i wojny[13], przy czym trudno jest niekiedy jasno rozeznać, czy chodzi w danym wypadku o walkę różnych kultur ze sobą, które powinny przecież współistnieć i rozwijać się pokojowo, zgodnie z podanym przez Sobór Watykański II i Jana Pawła II rozumieniem kultury jako wspólnego dobra całej ludzkości, czy też wchodzi tu w grę walka różnych religii, względnie fanatyzmów i fundamentalizmów religijnych, odrzucających i wykluczających zdecydowanie wszelką inność, zwłaszcza światopoglądową[14]. Nie ulega oczywiście wątpliwości, że przemoc i terroryzm w jakiejkolwiek postaci, z którym się zmagają obecnie wielkie mocarstwa światowe, niszczą także bezlitośnie wszelką zastaną kulturę. Czyżby więc kultura jako taka znajdowała się obecnie w stanie permanentnego zagrożenia? Prawdopodobnie tak, albowiem kryzys człowieczeństwa i człowieka, o jakim mówił także wielokrotnie Jan Paweł II, jest równocześnie i równoznacznie kryzysem tworzonej przezeń kultury[15].

Już niemal na progu swego pontyfikatu, bo 18 stycznia 1983 roku, Jan Paweł II w przemówieniu wygłoszonym w Rzymie do członków powołanej dopiero co do życia Papieskiej Rady do spraw Kultury wymienił poważne niebezpieczeństwa, jakie zagrażają obecnie człowiekowi, a tym samym tworzonej i/lub podtrzymywanej przez niego kulturze. Zaliczył przede wszystkim do nich: brak porozumienia między ludźmi, nieodwracalne skażenie środowiska[16], ryzyko manipulacji genetycznych, zamachy na rodzące się życie ludzkie, sprowadzanie człowieka do roli przedmiotu, którym można dowolnie manipulować, poniżać go lub samowolnie eliminować[17]. Są to – jak mówił – istotne zagrożenia biologicznego bytu człowieka, który jest również poważnie zagrożony w swoim bycie moralnym poprzez różnorakie prądy hedonistyczne, które podrażniają jego zmysły i uczuciowość, budzą w nim złe skłonności, fascynują mamiącymi go obrazami nieograniczonej konsumpcji, a czynią to przeważnie za pomocą reklam propagujących jednowymiarowe tylko i dlatego złudne i przemijające szybko wartości, albo raczej pseudo-wartości[18]. Papież zauważył ponadto, że człowiek jest obecnie poniżany „przez systemy ekonomiczne, które wyzyskują całe zbiorowości. Poza tym bywa on jeszcze ofiarą niektórych systemów politycznych lub ideologicznych, które zniewalają duszę narodów”. W związku z tym stwierdził, że „jako chrześcijanie nie możemy milczeć, ale musimy napiętnować ten ucisk kulturalny, który osobom i grupom etnicznym nie pozwala być sobą zgodnie z ich najgłębszym powołaniem”, albowiem „poprzez te wartości kulturowe człowiek, jako jednostka czy jako zbiorowość, żyje życiem prawdziwie ludzkim i nie można pozwolić na zniszczenie tej racji jego istnienia”. Doda także w formie przestrogi, ale chyba i zachęty: „Historia okaże się surowa dla naszej epoki, jeżeli ona nadal będzie dławić, deprawować i brutalnie ciemiężyć kultury w tylu regionach świata”[19].

Mając to wszystko przed swymi oczyma, ten Wielki Papież nawoływał wciąż Kościół i ludzkość do ewangelizowania kultur i kultury.

III. Inkulturacja Ewangelii – Ewangelizacja kultury

            W nauczaniu Jana Pawła IIprzeplatają się częstotedwa zalecenia:inkulturacja Ewangelii i ewangelizowanie kultury,  przy czym oba te pojęcia zespalają się ostatecznie ze sobą, chociaż w pierwszym z nich chodzi raczej o głoszenie Ewangelii poganom, do których ona jeszcze nie dotarła, nawołując zaś do „nowej ewangelizacji” spoganiałego już  w znacznej mierze świata chrześcijańskiego Papież uwypuklał raczej konieczność przenikania duchem Ewangelii tej anty- lub pseudo-ludzkiej kultury dzisiejszej.

We wzmiankowanym już przemówieniu do członków Papieskiej Rady do spraw Kultury Jan Paweł II przypomniał, że „podczas Soboru Kościół stwierdził, iż pomiędzy nim a kulturą powstał dramatyczny rozziew” polegający głównie na tym, że „świat nowoczesny jest zafascynowany swymi podbojami, swymi osiągnięciami naukowymi i technicznymi. Jednakże zbyt często ulega on ideologiom, kryteriom etyki praktycznej i zachowaniom sprzecznym z Ewangelią, a przynajmniej pomijającym z całym spokojem wartości chrześcijańskie. – Toteż Sobór, w imię wiary chrześcijańskiej, wezwał cały Kościół do nadsłuchiwania współczesnego człowieka, by go znów zrozumieć i by wynaleźć nowy typ dialogu, który by pozwolił w mentalność dzisiejszą wprowadzić całą oryginalność ewangelicznego posłania. Trzeba nam więc odnaleźć apostolską twórczość i profetyczną moc pierwszych uczniów, by podejść do nowych kultur. Trzeba, by słowo Chrystusa w całej jego świeżości ukazało się młodym pokoleniom, których postawę nieraz niełatwo jest zrozumieć umysłom tradycyjnym, ale które bynajmniej nie są zamknięte dla wartości duchowych”[20].

Zaraz potem w tym samym przemówieniu, przypominając członkom Rady swoje liczne wcześniejsze wypowiedzi na ten temat, Papież uwypuklił mocno „dwa główne i uzupełniające się aspekty, które wiążą się z dwoma poziomami, na jakich Kościół sprawuje swoją działalność”: chodzi oczywiście o poziom ewangelizacji kultur i o poziom obrony człowieka i jego kulturalnego awansu, podkreślając zarazem, iż „obydwa te zadania wymagają określenia nowych dróg dialogu Kościoła z kulturami naszych czasów”. Powołując się natomiast na słowa św. Pawła Apostoła: „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii!”, Papież zaraz potem wyjaśnił, że „istnieją jeszcze środowiska i mentalności, a także kraje i całe regiony, które czekają na ewangelizację, a to zakłada długi i śmiały proces inkulturacji, by Ewangelia mogła przeniknąć w duszę żywych kultur, odpowiadając na ich najszlachetniejsze oczekiwania i wspomagając ich wzrost na miarę wiary, nadziei i miłości chrześcijańskiej”[21].

Doceniając w pełni dawną i obecną działalność misyjną Kościoła, Papież wyraził w cytowanym przemówieniu swe mocne przekonanie, iż „ta misjonarska praca nigdy nie jest zakończona, gdyż kultury zostały dotknięte zaledwie powierzchownie, a poza tym zmieniają się one ustawicznie i tym samym wymagają ciągle nowego podejścia. (…) Co więcej, pojawiają się nowe sektory kultury o różnych celach, metodach i sposobach wyrażania się. Dialog międzykulturowy narzuca się więc chrześcijaństwu we wszystkich krajach”. Chcąc natomiast „skutecznie ewangelizować, trzeba zająć zdecydowaną postawę wymiany i zrozumienia, żeby móc odczuwać sympatię do kulturowej tożsamości ludów, grup społecznych i rozmaitych sektorów nowoczesnego społeczeństwa. Skądinąd trzeba też pracować nad wzajemnym przybliżaniem kultur, tak by uniwersalne wartości ludzkie były wszędzie przyjmowane i w duchu braterstwa i solidarności. A więc ewangelizacja zakłada równocześnie wnikanie w specyficzne warunki kulturowe, jak i wspomaganie wymiany między kulturami, poprzez otwieranie ich na wartość powszechności i – powiedziałbym nawet – katolickości”[22].

Widać stąd oraz z innych wypowiedzi Jana Pawła II wyraźnie, iż patrzy on na dokonującą się globalizację świata nie tylko pozytywnie, ale także z dosyć wielkim optymizmem, dostrzegając w niej nie tyle i nie tylko potencjalne zagrożenie dla poszczególnej osoby ludzkiej w jej godności i niepowtarzalnej tożsamości oraz dla Kościoła w jego byciu sobą, czyli mistycznym ciałem Chrystusa, wędrującym do niebieskiej Ojczyzny ludem Bożym i wspólnotą (communio) osób zespolonych między sobą w Trójjedynym Bogu, ale również poważne ułatwienie w codziennej współpracy Kościoła ze światem w różnorakich jego wymiarach i przejawach jego działalności, co „zakłada głęboką zdolność przyjmowania i podziwu, ale równocześnie trzeźwego rozróżniania” prawdziwych wartości od fałszywych lub pozornych. Dlatego też Papież nie waha się stwierdzać w ślad za Soborem Watykańskim II, iż „wielowiekowe doświadczenie tylu narodów, postęp nauki, ukryte skarby rozmaitych kultur, poprzez które wyraźniej objawia się natura człowieka i otwierają się nowe drogi ku prawdzie – wszystko to, jak przyznał Sobór Watykański II, jest niewątpliwą korzyścią dla Kościoła. A wzbogacanie to dokonuje się nadal (por. Gaudium et spes, n. 44)“[23]. A ponieważ skraca i parafrazuje jedynie dalsze słowa Soboru, bardzo ważne dla omawianego w tym momencie zagadnienia, wypada przytoczyć je dosłownie. Sobór stwierdza mianowicie, że „Kościół, od początku swej historii, nauczył się wyrażać Nowinę Chrystusową przy pomocy pojęć i języka różnych ludów, a ponadto starał się objaśniać ją z pomocą mądrości filozofów w tym celu, aby w miarę możności dostosować Ewangelię czy to do zdolności rozumienia przez ogół, czy też do wymagań mędrców. I to właśnie dostosowywanie się w głoszeniu objawionego słowa powinno stać się prawidłem wszelkiej ewangelizacji. Tym bowiem sposobem rozbudza się w każdym narodzie zdolność wyrażania Chrystusowej Nowiny po swojemu, a zarazem sprzyja się żywemu obcowaniu Kościoła z różnymi kulturami” (KDK 44).

Patrząc z nadzieją w przyszłość, Sobór dodał, że do dalszego rozwoju tej wymiany dóbr między „światem” a wspólnotą osób wierzących w Chrystusa „Kościół, szczególnie w naszych czasach, kiedy rzeczywistość bardzo szybko ulega przemianom, a sposoby myślenia bardzo się różnicują, potrzebuje osobliwie pomocy tych, którzy żyjąc w świecie znają różne jego instytucje i systemy oraz pojmują ich wewnętrzny sens, obojętnie czy są oni wierzącymi czy niewierzącymi. Sprawą całego Ludu Bożego, zwłaszcza duszpasterzy i teologów, jest wsłuchiwać się z pomocą Ducha Świętego w różne głosy współczesności, rozróżniać je i tłumaczyć oraz osądzać w świetle słowa Bożego, aby Prawda objawiona mogła być ciągle coraz głębiej odczuwana, lepiej rozumiana i stosowniej przedstawiana” (tamże).

Skoro zaś w ewangelizacji, podobnie jak w kulturze, chodzi o człowieka: każdego i całego człowieka, nic więc dziwnego, że Jan Paweł II w cytowanym wyżej swym programowym przemówieniu adresowanym bezpośrednio do powołanej przez siebie Rady do spraw Kultury akcentuje: „Nasza wiara, skłaniając nas do ewangelizacji, każe nam kochać człowieka dla niego samego” i natychmiast wyjaśnia: „Otóż człowiekowi, bardziej niż kiedykolwiek, potrzeba dzisiaj obrony przed zagrożeniami, które ciążą nad jego rozwojem. Miłość, jaką czerpiemy ze źródeł Ewangelii, po śladach tajemnicy Wcielenia Słowa prowadzi nas do głoszenia, że człowiek zasługuje na szacunek i miłość dla niego samego, ma być szanowany w swojej godności. A więc bracia mają się na nowo nauczyć rozmawiać ze sobą jak bracia, szanować się i rozumieć, by człowiek mógł przetrwać i wzrastać w godności, wolności i szacunku. W miarę jak świat współczesny tłumi dialog pomiędzy kulturami, zmierza on ku konfliktom, które mogą być śmiertelne dla przyszłości cywilizacji ludzkiej. Ponad przesądami i podziałami kulturowymi, ponad rozłamami rasowymi, językowymi, religijnymi i ideologicznymi ludzie winni rozpoznać w sobie braci i siostry, i zaakceptować swą różnorodność”[24].

Dnia 7 grudnia 1990 r. Jan Paweł II wydał encyklikę poświęconą „stałej aktualności posłania misyjnego – Redemptoris Missio”, w której wiele uwagi i miejsca poświęcił zagadnieniu inkulturacji Ewangelii Chrystusowej. Po przypomnieniu tej prawdy, że to Duch Święty, kontynuując zbawcze dzieło Chrystusa, nie tylko czyni z Apostołów „świadków i proroków”, ale także „przyjmuje jeszcze bardziej rolę «przewodnika»” (RM 24), Papież zauważa, że zapisane w Dziejach Apostolskich (14, 15-17; 17, 22-31) mowy św. Pawła, wygłoszone w Listrze i w Atenach, nie tylko „są uznawane za wzorce dla ewangelizacji pogan”, ale także „stanowią przykład inkulturacji Ewangelii”: w nich bowiem „Paweł wchodzi w dialog z wartościami kulturowymi i religijnymi różnych ludów. Mieszkańcom Likaonii, którzy wyznawali religię kosmiczną, przypomina on doświadczenia religijne odnoszące się do kosmosu; z Grekami dyskutuje o filozofii i cytuje ich poetów (por. Dz 17, 18. 26-28). Bóg, którego pragnie objawić, jest już obecny w ich życiu: On to bowiem stworzył ich i w tajemniczy sposób kieruje ludami oraz historią; tym niemniej, by uznać prawdziwego Boga, winni porzucić bogów fałszywych, których sami sobie uczynili, i otworzyć się na tego, którego Bóg posłał, by wyprowadzić ich z niewiedzy i odpowiedzieć na oczekiwanie ich serce” (RM 25). Samą zaś inkulturację Papież określa – w ślad za Relacją końcową Nadzwyczajnego Synodu Biskupów 1985 – jako „wewnętrzne przekształcenie autentycznych wartości kulturowych przez ich integrację w chrześcijaństwie i zakorzenienie chrześcijaństwa w różnych kulturach”, widząc w niej „proces głęboki i całościowy, który dotyczy zarówno orędzia chrześcijańskiego, jak też refleksji i konkretnej działalności Kościoła”, a zarazem „proces trudny, ponieważ nie może w żadnej mierze naruszyć specyfiki i integralności wiary chrześcijańskiej” (RM 52).

Aby przybliżyć wiernym te nowe stosunkowo pojęcia Jan Paweł II wyjaśnia w dalszym ciągu, że „poprzez inkulturację Kościół wciela Ewangelię w różne kultury i jednocześnie wprowadza narody z ich kulturami do swej własnej wspólnoty[25]; przekazuje im własne wartości, przyjmując wszystko to, co jest w nich dobre i odnawiając je od wewnątrz[26]. Ze swej strony przez inkulturację Kościół staje się bardziej zrozumiałym znakiem tego, czym jest, i coraz odpowiedniejszym narzędziem misji”. I dodaje: „Sam Kościół powszechny przez inkulturację Kościołów lokalnych wzbogaca się o formy wyrazu i wartości w różnych dziedzinach życia chrześcijańskiego, takich jak ewangelizacja, kult, teologia, dzieła miłosierdzia; poznaje i wyraża jeszcze lepiej tajemnicę Chrystusa, a jednocześnie jest pobudzany do stałej odnowy. Tematy te, obecne w wypowiedziach Soboru i posoborowym nauczaniu Kościoła, stale poruszałem w czasie moich duszpasterskich odwiedzin młodych Kościołów” (RM 52). I podaje w dalszym ciągu zasady zdrowej, właściwie pojętej inkulturacji Ewangelii Chrystusowej.

W ramach inkulturacji nasuwa się jeszcze jeden nie podany wprost przez Papieża i niekoniecznie teoretyczny tylko problem: chodzi o aktualność kultury klasycznej[27], a dokładniej o to, czy głosząc Ewangelię jakimkolwiek tubylcom trzeba koniecznie wyrażać ją w zastanej, czyli dotychczasowej, jej postaci? Aby przybliżyć tę kwestię, posłużę się osobistymi przeżyciami z lat dziecięcych. Wilno, druga wojna światowa. Jako ministrant widzę, że księża mają niesamowite trudności z nabywaniem wina: po prostu go nie ma! Zwłaszcza wtedy, gdy toczą się długotrwałe walki w mieście lub o miasto. Można jeszcze zdobyć mąkę, upiec hostie i komunikanty. Ale wino przywozi się potajemnie z Warszawy. W parafii Niepokalanego Poczęcia na Zwierzyńcu pracuje czterech księży: jedna butelka zdobytego jakimś cudem wina mszalnego musi wystarczyć na miesiąc, a nawet i na dłużej; wlewa się więc kilka kropli do kielicha, a przy podawaniu wody trzeba bardzo uważać, by nie było jej więcej od jednej malutkiej kropelki… Bez wina nie byłoby Mszy świętej! – Zastanawiałem się już wówczas (mając 6-8 lat) nad tym, czy Jezus chciał nas postawić w sytuacji bez wyjścia. A może odwrotnie: wziął dwa podstawowe elementy zwyczajnego posiłku w basenie Morza Śródziemnego, czyniąc z nich Eucharystię?! Byłoby to, na moje ówczesne wyczucie, o wiele bardziej logiczne i racjonalne: to, co jest naszym zwyczajnym pokarmem, staje się Jego ciałem i krwią! Potem pojawiły się w mojej świadomości przeżycia księży w Oświęcimiu i Dachau, którzy usiłowali po kryjomu odprawiać Mszę świętą: jak i na czym ją odprawiać? W tej sytuacji, korzystając z pobytu afrykańskiego biskupa Gahamany z Butare (Rwanda) w Polsce, który był czynnym uczestnikiem Soboru Watykańskiego II, postawiłem – w związku z planowanym Synodem afrykańskim – pytanie dotyczące wprost tej kwestii. Odpowiedział bez wahania, że Chrystusowi chodziło o dwa podstawowe elementy codziennego zwyczajnego posiłku. Zapytałem: dlaczego nie podnieśli tej kwestii na Soborze? Odpowiedź brzmiała: byliśmy (biskupi afrykańscy) jeszcze zbyt młodzi. Zapytałem ponownie z pewnym wyrzutem: czy trzeba będzie czekać z tą kwestią na Sobór Watykański III? Odpowiedział zdecydowanie: Nie! Załatwimy tę kwestię na Synodzie afrykańskim.

Po latach nie mam wątpliwości co do tego, że Jan Paweł II w obawie przed takim zbyt „postępowym” myśleniem biskupów murzyńskich zdecydował się przeprowadzić ten Synod w Rzymie. Zresztą sprawa jest zbyt poważna (jednolita Tradycja całego Kościoła), aby można było potraktować ją zbyt szybko i powierzchownie. Stanowi przecież samo centrum przeżywanej na co dzień wiary chrześcijańskiej. Wiem zresztą na pewno, że zarówno Jan Paweł II, jak i jego następca jeszcze jako Prefekt Kongregacji Nauki Wiary, podejmowali całościowo tę kwestię, ujmując ją w pytaniu: czy i na ile zobowiązuje nas obecnie starożytna kultura hellenistyczna, w ramach której kształtowało się chrześcijaństwo i którą potem samo dalej rozwijało? Ich odpowiedź była zdecydowanie pozytywna: Tak! Chrześcijaństwo wrosło w tę kulturę tak dalece, że nie da się obecnie oddzielić go od niej. Nie znaczy to jednak, że trzeba narzucać wszystkim ewangelizowanym dzisiaj ludom „naszą” kulturę jako taką. Inkulturacja oznacza bowiem uznanie i pozytywne wykorzystanie tego wszystkiego, co w danej kulturze miejscowej nie tylko nie sprzeciwia się Ewangelii Chrystusowej, ale może być zwłaszcza uznane za „naturalne” (czyli oparte na tzw. Objawieniu naturalnym) przygotowanie do niej.

Troska o człowieka, i to każdego człowieka, jest – według Soboru Watykańskiego II i Jana Pawła II – prawdziwą troską o (jego i ogólnoludzką) kulturę. I na odwrót. Dlatego też inkulturacja Ewangelii, czyli Dobrej Nowiny o Jezusie Chrystusie, Odwiecznym Słowie Ojca, które przyjęło ludzkie ciało z Maryi Dziewicy, stając się równocześnie prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem, traktowana przez Papieża – Polaka także jako wielka ewangelizacja kultur i kultury, służy prawdziwemu dobru każdego człowieka i całej ludzkości. Wyciągany przez Jana Pawła II stąd wniosek jest bardzo jasny i oczywisty: „Nie bylibyśmy wierni naszemu posłannictwu ewangelizacji dzisiejszych pokoleń, gdybyśmy pozostawili chrześcijan w niezrozumieniu nowych kultur. Nie bylibyśmy także wierni miłości, jaka winna nas ożywiać, gdybyśmy nie dostrzegali, co stanowi dzisiaj dla człowieka zagrożenie jego człowieczeństwa oraz gdybyśmy słowem i czynem nie głosili konieczności obrony człowieka – jako jednostki i jako zbiorowości, konieczności ocalenia go od ucisków, jakie niewolą go i poniżają”[28].

Po niemal trzydziestu latach od ich wypowiedzenia, te słowa Jana Pawła II – Wielkiego nie tracą nic ze swej aktualności. Albowiem Słowo Boże, właściwie pojmowane i odczytywane[29], jest prawdziwym zaczynem każdej autentycznej kultury; może więc i powinno – ze względu na człowieka i jego najwyższe dobro – stawać się także zaczynem kultury dzisiejszej i jutrzejszej.

Można też zgodzić się w pełni z ks. T. Jelonkiem, który podsumowując swoje wnikliwe rozważania nad „Biblią w kulturze świata” stwierdza, iż „Biblia uczy prawdziwej kultury, bo opartej na tym, co w człowieku jest ludzkie i boskie. Biblia uczy cywilizacji miłości, uczy kultury na co dzień. (…) Biblia czytana, przeżywana i przemodlona stała się inspiracją wspaniałych dzieł w dziedzinie malarstwa, rzeźby czy muzyki. Biblia, która dla wyrażenia swoich treści brała ludzkie sposoby wyrażania się i obrazy wypracowane przez kulturę człowieka, oddaje to wszystko kulturze i staje się czynnikiem kulturotwórczym do tego stopnia, że nie można zrozumieć twórczości artystycznej bez poznania tego podłoża, jakim jest dla niej Biblia. Biblia wrośnięta jest znowu w kulturę, a właściwie pozwala kulturze wyrastać z siebie, tak jak kiedyś ona wyrosła z kultury człowieka. (…) Biblia tworzy kulturę i uczy jej na co dzień przez swój ideał moralny, przez swoje przykazanie miłości, bez którego cywilizacja może stać się zagrożeniem. (…) Tylko wtedy gdy kultura człowieka będzie cywilizacją miłości, nie będzie zagrażać, a budować”[30].


Przypisy:

[1] Jego wnikliwe i godne uwagi omówienie, zob. J. Garcia, Na początku świata i historii. Komentarz do Tryptyku Rzymskiego Jana Pawła II, w: Osoba we wspólnocie – Kościół Chrystusowy (Kolekcja Communio 16), Poznań 2004, s. 421-431.

[2] Por. m. in. A. Rodziński, Osoba i kultura, Warszawa 1985, s. 101nn; ks. J. Sobczyk, Kultura jako wyraz szczególnej transcendencji człowieka, Communio 26 (2006) nr 3, s. 39-53; bp A. F. Dziuba, Chrześcijaństwo a kultura, Warszawa 2008, s. 7nn.

[3] Zob. H. Carrier SJ, Działalność Stolicy Apostolskiej na rzecz dialogu z kulturami, w: Jan Paweł II, Wiara i kultura. Dokumenty, przemówienia, homilie, Rzym 1986, s. 328-345. Autor wzmiankowanego artykułu był pierwszym sekretarzem tejże Rady.

[4] W imię przyszłości kultury (nr 6), w: Jan Paweł II, Nauczanie papieskie III/1, Poznań-Warszawa 1985, s. 728 (726-736).

[5] Tamże, nr 8.

[6] Por. np. S. Kowalczyk, Koncepcja kultury Jana Pawła II, Zeszyty Naukowe KUL 39 (1996) 3-17; J. R. Velasco, Osoba i kultura u Jana Pawła II, w: Osoba we wspólnocie – Kościół Chrystusowy (Kolekcja Communio 16), Poznań 2004, s. 117-133; bp F. Santoro, Wartość kultury w myśli Jana Pawła II, w: Młodzież nadzieją Kościoła i świata (Kolekcja Communio 18), Poznań 2008, s. 81-102.

[7] Zob. mój artykuł: Postmodernizm, Communio 14 (1994) nr 6, s. 3-8.

[8] Zob. Communio 14 (1994) nr 6: Postmodernizm.

[9] Por. m. in. ks. Z. Sareło, Postmodernizm w pigułce, Poznań 1998.

[10] Zob. Communio 21 (2001) nr 4: Globalizacja.

[11] Zob. Communio 20 (2000) nr 3: Żyć razem z obcymi. Por. też wcześniejszy numer: Communio 10 (1990) nr 6: Chrześcijańska tożsamość Europy.

[12] Zob. w tej kwestii: Communio 17 (1997) nr 6: Ekonomia.

[13] Poświęciliśmy tej problematyce osobny numer: Communio 16 (1996) nr 4: Konflikty – waśnie – wojna.

[14] Zob. m. in. Communio 22 (2002) nr 4: Fundamentalizm; Communio 23 (2003) nr 6: Walka kultur – walka religii?

[15] Por. w tej kwestii: ks. S. Mycek, Kryzys kultury – kryzysem człowieka. Propozycje dramatycznej antropologii Hansa Ursa von Balthasara jako krytyczny punkt odniesienia wobec współczesnej kultury, Communio 23 (2003) nr 6, s. 133-148.

[16] Poświęciliśmy tej problematyce osobny numer: Communio 12 (1992) nr 6: Ekologia.

[17] Zob. Communio 24 (2004) nr 4: Bioetyka.

[18] Zob. w tej kwestii: Communio 15 (1995) nr 6: Mass-media.

[19] Kościół i kultura, w: Jan Paweł II, Nauczanie papieskie VI,1, Poznań 1998, s. 74 (70-76).

[20] Tamże, s. 72.

[21] Tamże.

[22] Tamże, s. 72-73.

[23] Tamże, s. 73.

[24] Tamże, s. 73-74.

[25] Papież powołuje się tutaj na swoje wcześniejsze wypowiedzi w Adhortacji apostolskiej Catechesi tradendae (1979), n. 53, i encyklikę Slavorum Apostoli (1985), n. 21.

[26] Papież powołuje się w tym miejscu na Adhortację apostolską Pawła VI Evangelii nuntiandi, n. 20.

[27] Poświęciliśmy mu osobny numer: Communio 19 (1999) nr 4: Aktualność kultury klasycznej, podejmując w nim nie wprost lecz jedynie ubocznie interesującą nas tutaj kwestię.

[28] Kościół i kultura, s. 75.

[29] Mam poważne zastrzeżenia do tych wszystkich, którzy traktują całe Pismo św. jako „słowo Boże”, albowiem zdecydowanie inna jest ranga i wymowa poszczególnych ksiąg Starego Testamentu, do którego odnoszą się zasadniczo następujące słowa Pisma: „To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia” (2 P 1, 20), będącego jedynie przygotowaniem do Ewangelii, inna ranga czterech Ewangelii, których wysłuchujemy podczas Liturgii z najwyższą czcią i na stojąco (!), a inna jeszcze pozostałych pism Nowego Testamentu, w tym także listów św. Pawła, co do których w 2 P 3, 16 czytamy: „Są w nich trudne do zrozumienia pewne sprawy, które ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą, tak samo jak i inne Pisma, na własną swoją zgubę”. Nic więc dziwnego, że Sobór Trydencki zaakcentował mocno wbrew Lutrowi głoszącemu hasło: „Sola Scriptura” (= tylko Pismo!) wielką i równorzędną mu rangę Tradycji, zakazując pod karą (ekskomuniki) komentowania Ksiąg świętych „wbrew sensowi, który utrzymywała i utrzymuje święta Matka Kościół” (BF III, 10-14). Księgi biblijne nie spadły same wprost z nieba, ale były stopniowo zespalane w pewną całość najpierw w judaizmie, a następnie przez Tradycję Kościoła pierwszych wieków, a to dzięki Duchowi Świętemu – Duchowi Prawdy, „którego – jak zapewnił sam Jezus – Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem” (J 14, 26). Tenże Duch Święty – jak stwierdza Sobór Watykański II – prowadzi Kościół „do wszelkiej prawdy (por. J 16, 13)”, mocą Ewangelii utrzymuje go „w ciągłej młodości, ustawicznie go odnawia i do doskonałego zjednoczenia z Oblubieńcem prowadzi” (KK 4). „Aby zaś Ewangelia była zawsze w swej całości i żywotności w Kościele zachowywana, zostawili Apostołowie biskupów jako następców swoich «przekazując im swoje stanowisko nauczycielskie». Ta więc Tradycja święta i Pismo święte obu Testamentów są jakby zwierciadłem, w którym Kościół pielgrzymujący na ziemi ogląda Boga, od którego, wszystko otrzymuje, aż zostanie doprowadzony do oglądania Go twarzą w twarz, takim jaki jest (por. 1 J 3, 2)” (KO 7). „Tradycja ta, wywodząca się od Apostołów, rozwija się w Kościele pod opieką Ducha Świętego. (…) Dzięki tej samej Tradycji Kościół rozpoznaje cały kanon Ksiąg świętych, a i samo Pismo św. w jej obrębie głębiej jest rozumiane i nieustannie w czyn wprowadzane. Tak więc Bóg, który niegdyś przemówił, rozmawia bez przerwy z Oblubienicą swego Syna ukochanego, a Duch Święty, przez którego żywy głos Ewangelii rozbrzmiewa w Kościele, a przez Kościół w świecie, wprowadza wiernych we wszelką prawdę oraz sprawia, że słowo Chrystusowe obficie w nich mieszka (por. Kol 3, 16)” (KO 8). Dlaczego pojawiają się wciąż ludzie (uczeni?!), którzy ignorując wyraźnie powyższe wskazania Kościoła, zalecają wiernym osobiste, czysto prywatne czytanie jakichkolwiek fragmentów Biblii jako autentycznego „słowa Bożego”?! – Natomiast godne polecenia i uwagi w tej kwesti jest opracowanie: ks. T. Jelonek, Biblia w kulturze świata, Kraków 2007, ukazujące najpierw Biblię jako „Księgę Bożą, która nie spadła z nieba”, a następnie (w drugiej części) „inspiracje biblijne” – w kulturze ogólnoludzkiej.

[30] Dz. cyt., s. 256-258.

QR Code